Skip to main content

U pacjentki występowała historia schizofrenii w rodzinie. U mamy oraz ciotki (siostry mamy) zdiagnozowano zaburzenie. Obie podjęły skuteczne próby samobójcze ok. dekady wcześniej, kiedy Anna miała 35-40 lat.

Pacjentka wcześniej nie zauważyła u siebie objawów choroby. Wiedząc więcej o niej oraz o ryzyku jej wystąpienia związanym z dziedzicznością, Pani Anna uważnie się obserwowała. Początkowo bardzo bała się choroby, co też skłoniło ją do regularnych wizyt u psychoterapeuty celem wychwycenia pierwszych niepokojących objawów. W wieku 35 lat zrezygnowała z terapii, sądząc, że zagrożenie stało się mniejsze i nie musi już się tak kontrolować.

Pacjentka dość wcześnie weszła w okres menopauzalny. Pierwsze zmiany w częstotliwości i przebiegu menstruacji pojawiły się u kobiety ok. 42 roku życia, jej całkowity zanik 3 lata później. Psychicznie było to dla niej trudnym doświadczeniem. Przestała się czuć atrakcyjna. To wzbudzało w niej frustrację. Stale czuła się niespokojna i zła, a to wywoływało wybuchy złości, zwłaszcza w stosunku do męża.

Zaczęła podejrzewać go o zdradę z młodszą koleżanką z pracy. Regularnie przeszukiwała telefon, skrzynkę mailową, media społecznościowe. Twierdziła, że ukrywają się, tuszują swój romans, usuwają wszystkie dowody, a tak naprawdę próbują jej się pozbyć. Była przekonana, że ją śledzą lub wynajęli płatnego mordercę do wykonania zadania. Pewnego dnia urządziła w centrum handlowym awanturę przypadkowej osobie, twierdząc, że ją śledzi na polecenie męża i próbuje zabić. Ochrona wezwała policję. Pan został zwolniony, nie złożył skargi.

Pani Anna budziła się w nocy przekonana, że mąż wyszedł do kuchni po nóż. Ostatecznie zdecydowała się na osobne sypialnie. W swojej zamontowała dodatkowe zamki. Jednak dręczyły ją koszmary. Zaczęła mieć problemy ze snem – jak twierdzi “raczej drzemała niż spała”. Miała nieustanne wrażenie, że jest obserwowana.

Ciągle oglądała się za siebie. W każdym przechodniu zaczęła widzieć potencjalnego mordercę. Początkowo zrezygnowała z wychodzenia z domu po zmroku. Później nie opuszczała go w ogóle. Była nauczycielką, więc wzięła rok wolnego na podreperowanie zdrowia tylko po to, żeby nie musieć kontaktować się z innymi.

Mąż pacjentki początkowo ją wspierał. Był cierpliwy, jednak z czasem odpowiadał agresją na jej zachowanie. Zaczęły się w domu awantury. Chciał się wyprowadzić, jednak bał się o dzieci.

Panią Annę na wizytę u psychiatry namówiła ostatecznie córka. Lekarz podjął decyzję o natychmiastowym przyjęciu na oddział. Diagnoza: schizofrenia. Pani Anna spędziła w szpitalu 10 tygodni.

  • Diagnoza była dla mnie druzgocąca – wspomina pacjentka. – Początkowo nie mogłam w to uwierzyć. Nie chciałam, żeby była to prawda. Pamiętałam, jak zachowywała się mama i ciotka. I wiem, jak się to dla nich skończyło. Tylko dzieci trzymały mnie na początku w pionie. Jednocześnie większa wiedza na temat zaburzenia była o tyle zbawienna, że nie negowałam jego istnienia. Od razu wiedziałam, że jedyną szansą dla mnie jest ścisłe trzymanie się zasad ustalonych przez lekarza. Nie jest to łatwe, bo wymaga przemodelowania całego życia, które teraz zmieniło się diametralnie. Przede wszystkim wiele działań dyktuje choroba. Chciałam wrócić do pracy, ale stres był zbyt silny. Szybko pojawiły się stany lękowe. Na szczęście udało mi się w porę je zauważyć i przy najbliższej wizycie rozmawiałam o tym z lekarzem. Dzisiaj nie pracuję. Utrzymuje mnie mąż. Jestem też w stałym kontakcie z lekarzem – chodzę regularnie na wizyty. Zdecydowałam się też na powrót na psychoterapię. Nie wiem, czy jeszcze jest mi potrzebna, jednak uważam, że dobrze, jeśli ktoś z zewnątrz mnie baczniej obserwuje.

Jak podkreśla Pani Anna, największe znacznie ma dla niej rodzina, a w szczególności jej  mąż, który po diagnozie ją wspiera.

  • Po pierwsze to on wziął na siebie cały ciężar finansów domowych – mówi Pani Anna. – Jednak, co dla mnie ważniejsze, uczestniczy w wizytach lekarskich. Nie chcę przed nim niczego ukrywać, a i on musi być świadomy mojego stanu zdrowia.

Trudniej było utrzymać kontakty towarzyskie.

  • To chyba na nie najboleśniej dla mnie wpłynęła choroba – mówi pacjentka. – Wielu odwróciło się ode mnie, a właściwie od nas, bo ucierpiał też mój mąż i dzieci. Nawet dzisiaj, kiedy choroba jest pod większą kontrolą, nie udało nam się odnowić kontaktów. Mamy garstkę bliskich znajomych. Bardziej teraz utrzymujemy relacje z rodziną. Początkowo ta izolacja była to dla mnie trudna. Ten brak zrozumienia osób, które znały mnie przez dekady. Bardzo mi przykro też z powodu męża – odizolowany jest trochę rykoszetem. I tym bardziej jestem mu wdzięczna, że ze mną został.

Pani Anna zajmuje się domem i dziećmi, co pozwala jej na utrzymanie spokojniejszego rytmu życia, bardziej uregulowanego i bez nadmiernych stresów, które zwiększają u niej stany lękowe, ale też i agresywne zachowanie.

  • Dobre teraz jest to, że spędzam więcej czasu z rodziną – mówi pacjentka. – Dzieci dorastają, zaraz pójdą na studia czy do pracy. Każda chwila wydaje mi się teraz cenniejsza. Myślę też o pomaganiu tym, którzy walczą z tą chorobą. Dlatego jestem w grupie wsparcia. Rzadziej biorę stamtąd pomoc, bo mam ją w domu, Jednak mogę podzielić się swoimi doświadczeniami, wiedzą i błędami. Przynajmniej tak mogę pomóc.
Przejdź do treści