Pacjent diagnozę depresji otrzymał w 31 roku życia. Wcześniej nie wykazywał objawów pozytywnych. Jednak, jak mówił w wywiadzie, często towarzyszył mu obniżony nastrój. Ale nie wpływał on znacząco na funkcjonowanie na polu zawodowym i towarzyskim, stąd nie uznał tego za niepokojące. Jak twierdził – chandrę przecież ma każdy. Nigdy nie był diagnozowany w kierunku depresji, nie korzystał z porad psychoterapeuty, psychologa i psychiatry.
Zawsze dość towarzyski, miał wielu znajomych i partnerkę. Często spotykali się wspólnie. W weekendy wyjeżdżali sami lub całą grupą. Nie ukrywał, że często podczas takich spotkań brali substancje psychoaktywne, głównie naturalną marihuanę, czasem też amfetaminę.
Jeszcze na studiach pacjent znalazł pracę w korporacji, gdzie stosunkowo szybko awansował. Szczególnie błyskawiczny rozwój zawodowy nastąpił po zakończeniu studiów, gdy Pan Tomasz mógł więcej czasu poświęcić na sprawy zawodowe. Z czasem zaczął brać na siebie coraz więcej, co zupełnie zaburzyło jego równowagę życiową. Pracował po kilkanaście godzin dziennie. Zdarzało się, że zostawał w pracy także na noc. Awansował na stanowisko kierownicze w wieku 29 lat. Pociągnęło to za sobą dodatkowe obowiązki, też większą odpowiedzialność i stres. W tym czasie zakończył się jego długoletni związek. Jak wspomina w wywiadzie, zbiegło się to z przyjęciem nowego pracownika, który zaczął podważać proponowane przez niego rozwiązania. Sytuacja między nimi robiła się coraz bardziej napięta. Pan Tomasz zaczął przypuszczać, że nowy pracownik chce zająć jego miejsce, przez co – jak stwierdził w wywiadzie – “już nic by mu nie zostało”. Z czasem zaczął sądzić, że kolega z pracy specjalnie sabotuje jego pomysły, niszczy jego projekty lub nanosi na nie zmiany, których wcześniej nie było. Zabezpieczył komputer hasłem, jednak uważał, że zostało ono złamane. Twierdził, że na komputerze znajduje dokumenty, których sam tam nie umieścił. Był również przekonany, że nowy pracownik “podburza” innych przeciwko niemu. Wydawało mu się, że wszyscy milkną, gdy wchodzi do pokoju, a także, że się z niego śmieją, gdy wychodzi. Z czasem w głowie pojawił mu się natarczywy głos, że współpracownik jest wrogiem i należy się go pozbyć, inaczej on pozbędzie się jego. Głos się nasilał, podpowiadając różne rozwiązania – od przeszukania biurka kolegi celem znalezienia kompromitujących dokumentów, po zabójstwo. Niemal przestał wychodzić z pracy, bo głos mówił, że wtedy koledzy będą przeszukiwać jego pokój i się go pozbędą.
Pan Tomasz zaczął mieć problemy ze snem. Aby dodać sobie energii sięgał coraz częściej po amfetaminę. Z czasem było to już codziennie.
Zaniepokojeni przełożeni wysłali pacjenta na urlop. Jednak Pan Tomasz całe dnie siedział w samochodzie przed pracą, śledził “konkurenta”, a głos, który słyszał już cały czas, mówił, że to wina nowego współpracownika.
Gdy po upływie przymusowego urlopu, Pan Tomasz przyszedł do pracy, przełożeni poprosili, by jeszcze odpoczął, co podyktowane było jego stanem zdrowia – Pan Tomasz przestał dbać o higienę osobistą. Wydawał się im niezdolny do pełnienia obowiązków. Mówił nieskładnie, zacinał się i jąkał. Nie mógł w pełni wyartykułować myśli, ale najbardziej zaniepokoiły ich absurdalne zarzuty wobec kolegów. Tego dnia po wyjściu z pracy śledził “wroga”. Napadł go pod jego domem i pobił. W wyniku napaści ofiara spędziła 2 tygodnie w szpitalu. Mężczyzna miał złamaną szczękę, rękę i 5 żeber, a także obrażenia wewnętrzne.
Pan Tomasz trafił na policję, gdzie zdecydowano o konieczności interwencji psychiatrycznej. U pacjenta zdiagnozowano schizofrenię. Po 12 tygodniach opuścił szpital. Po kolejnych 2 tygodniach przestał przyjmować przepisane leki przeciwpsychotyczne. Jak wyjaśnił, poczytał o nich i się przestraszył.
- Wydawało mi się wówczas, że nie jestem aż tak chory, aby katować się lekami. I to przez całe życie – mówi Pan Tomasz po 4 latach leczenia. – Diagnoza mnie przestraszyła, ale tak naprawdę w nią nie wierzyłem. Szczerze, to nawet nie bardzo słuchałem lekarzy, gdy wyjaśniali mi potrzebę i sposób przyjmowania leków.
Po 1,5 miesiąca konieczna była ponowna hospitalizacja. Tym razem pacjent opuścił szpital po 6 tygodniach. Nawroty pojawiły się jeszcze 2-krotnie. Zawsze w wyniku odstawienia leków.
- Teraz jestem bardziej świadomy swojego stanu – mówi pacjent. – I patrząc z perspektywy, za pierwszym razem brakło mi uważności w rozmowach z lekarzem. Zamiast czytać w internecie o lekach i chorobie powinien bardziej skupić się na tym, co on mówi. Wiele tłumaczył już podczas pierwszego pobytu w szpitalu czy przy wypisie. Jak odbywa się leczenie, jakie substancje dostaję, jakie są ich skutki uboczne, czego mogę się spodziewać, na co zwracać uwagę. Po prostu wówczas nie zdawałem sobie sprawy z powagi sytuacji. Patrząc teraz na swoją postawę sprzed 4 lat, myślę że za bardzo bałem się tej choroby, żeby ją przyjąć. Gdybym w pierwszej rozmowie zadał takie pytania, jak chociażby: jakie są rokowania na wyzdrowienie, jakie są konsekwencje nieprzyjmowania leków, jak się to przekłada na nawroty, może udałoby mi się uniknąć ponownych pobytów w szpitalu. Wtedy też nie zapytałem, jak postępować w przypadku pojawienia się skutków ubocznych i jakie działania podejmowane są w przypadku ich pojawienia się, Może dzięki fachowej poradzie byłbym wówczas spokojniejszy. Żałuję też, że nie rozmawiałem wcześniej o tym, jak po prostu żyć z chorobą. Dzisiaj wiem, że wymaga ona nie tylko przyjmowania leków, ale też porządnej dyscypliny – stałego cyklu dnia, rytmu, który w pewien sposób pozwala utrzymać w ryzach leki i chorobę. O to mogłem zapytać już 4 lata temu. Lekarz sugerował, żebym bardziej zaangażował rodziców w cały proces leczenia. Jednak nawet go nie słuchałem. Teraz bym zapytał, do czego są mi potrzebni, po co ich angażować, a przede wszystkim, jak ich w to włączyć, żeby zbytnio ich nie obciążać, a jednocześnie, żeby nie czuć zbytniej kontroli. Miałem zaledwie 31 lat i dopiero ledwo dekadę temu zyskałem niezależność. Nie za bardzo chciałem wracać pod ich skrzydełka. Teraz wiele odpowiedzi dostaję nie tylko od lekarzy, psychoterapeuty, ale też na grupie wsparcia. Mieszkam w dużym mieście, więc ze znalezieniem takiej formy pomocy nie było większego problemu. Dla mnie nie chodzi stricte o wsparcie emocjonalne, ale raczej o wskazówki, co komu pomaga w codziennym życiu. Czasem warto skorzystać z inspiracji innych. Niektóre sprawdziły się i u mnie.
Pan Tomasz od roku regularnie przyjmuje leki. Uczęszcza na terapię. Widoczna jest znaczna remisja objawów. Ostre objawy nie wróciły od ostatniej hospitalizacji. Pacjent mieszka sam, na razie nie podjął pracy. Chce się przekwalifikować i rozpocząć działanie jako asystent zdrowienia.





