Jakub zawsze był cichy i spokojny. Z wywiadu wynikało, że nie sprawiał kłopotów jako nastolatek. Przykładał się do nauki. Szkołę skończył bez problemu, zdał maturę, później z sukcesem ukończył studia na kierunku filologii angielskiej oraz italianistyce. Chciał zostać tłumaczem. Po studiach szybko znalazł zatrudnienie w zawodzie. Pracował z domu.
W liceum miał sporo znajomych – z częścią z nich kontakt się urwał po maturze, ale z pozostałymi tworzyli zgraną paczkę.
Z czasem zaczął odczuwać niepokój, że nie jest zbyt dobry i nie otrzymuje zleceń. Sprawdzał swoje prace kilkakrotnie, co rodziło problemy z terminowością. Zleceniodawcy coraz częściej wyrażali niezadowolenie z przesunięć realizacji zadań. W tym samym czasie pacjent zaczął słyszeć głos wewnętrzny, który powtarzał, że jest beznadziejny, a jego praca nic nie warta. Głos nasilał się, a wkrótce pojawił się również głos damski – jak określał w rozpoznaniu – agresywny, natarczywy, który używał w stosunku do niego wulgaryzmów.
Jednocześnie głosy sugerowały, że tak naprawdę nie pracuje, tylko żyje w wielkim eksperymencie, którym rządzą siły wyższe. Pacjent zaczął mieć problemy ze snem, co nasilało też wrażliwość na dźwięki.
Jakub przestał wychodzić z domu. Początkowo ograniczył kontakty ze znajomymi, w końcu unikał ich w ogóle. Okna zabił deskami, a w drzwiach zamontował zamki i dodatkowe zasuwy. Policję powiadomił właściciel mieszkania, który przyszedł po zaległą opłatę najmu za 3 miesiące i nie mógł wyegzekwować otworzenia drzwi. Jak twierdził, Pan Jakub krzyczał, że jest przesłanym przez obcych.
Pana Jakuba przewieziono na izbę przyjęć, a następnie skierowano na obserwację. Diagnoza: schizofrenia ciągła, aktualnie objawowa.
- Nie wierzyłem wtedy lekarzom – mówi Pan Jakub po 2 latach od hospitalizacji. – Nawet gdy mój stan zdrowia się ustabilizował, a leki umożliwiły obiektywną ocenę mojego stanu, sądziłem, że to musi być pomyłka, że to nie może dotyczyć mnie. W rodzinie nikt nie miał diagnozy schizofrenii. Skąd więc ona u mnie. Wyjaśniono mi wtedy, na czym ona polega. To na początku przeraziło mnie jeszcze bardziej i utwierdziło w przekonaniu, że to nie dotyczy mnie. Jednak godziłem się na wszystko, na całą hospitalizację, całe leczenie, by jak najszybciej opuścić szpital.
Pan Jakub upoważnił do informowania o stanie swojego zdrowia najbliższych – matkę oraz ojca i zgodził się też na uczestniczenie ich w procesie leczenia.
- To chyba ta decyzja uratowała mi życie – mówi Pan Jakub. – Czuwali nade mną, a w szczególności nad przyjmowaniem leków i stosowaniem się do zaleceń. To było ważne zwłaszcza na pierwszym etapie, gdy nie wierzyłem w diagnozę. Nie ukrywam też, że na początku było mi trudno zaakceptować ich ciągłe martwienie się i kontrolę. Dopiero po około roku, gdy zdobyłem większy wgląd w chorobę, zrozumiałem, że dobrze się stało.
Pan Jakub jest jednym z zaledwie 30% pacjentów, którzy przestrzegają zaleceń lekarskich po opuszczeniu szpitala. Farmakoterapia doprowadziła do znacznego złagodzenia objawów. Obecnie Pan Jakub próbuje wrócić do życia zawodowego.





