Bartosz był spokojnym dzieckiem. W szkole podstawowej dobrze się uczył, miał znajomych zarówno z klasy, jak i na osiedlu, na którym mieszkał. Okres buntu przechodził dość intensywnie, gwałtownie i burzliwie. W wieku 15 lat należał do grupy rówieśniczej, gdzie używki były codziennością. Sięgali po alkohol, papierosy, ale często też po kannaibinoidy. Marihuanę palił właściwie codziennie – przed szkołą, żeby się odstresować i po niej, dla zabicia czasu. Wraz z kolegami eksperymentowali też z innymi środkami psychoaktywnymi – chociaż, jak mówił w wywiadzie – nie mieli konkretnej substancji. Raczej brali z ciekawości, co akurat było dostępne.
W wieku 18 lat po wypadku samochodowym, który spowodował, Bartosz trafił na terapię uzależnień. Wtedy też zaczął podejrzewać, że jego rodzice próbują przejąć nad nim kontrolę. Zaczął słyszeć głosy w głowie – najpierw kobiecy, przypominający głos matki, jednak ostry i karcący, który często krytykował jego zachowanie. Na terapii uzależnień nie przyznał się do objawów.
Głos w głowie się nasilał. Jednocześnie pojawiło się przekonanie, że jest śledzony przez osoby wynajęte przez rodziców. Mieszkał z nimi, ale bał się wychodzić z pokoju. Przestał uczęszczać na zajęcia, całkowicie odciął się od kolegów. Nie przystąpił do matury.
Po tym, jak przez 3 dni nie wychodził z pokoju, nie dbał o higienę osobistą i odmawiał jedzenie i picia, rodzice wezwali pogotowie. Diagnoza: schizofrenia z objawami ciągłymi, aktywnymi. Wdrożono leczenie neuroleptykami. Po 15 tygodniach pacjent został wypisany ze szpitala.
Nawrót choroby nastąpił po około roku i był wynikiem odstawienia leków bez wiedzy i konsultacji z lekarzem. Po 9-tygodniowej hospitalizacji pacjent opuścił szpital. Od 3 lat stale przyjmuje leki. Od tego momentu ostre objawy nie wróciły.
- Wiem, że jestem chory, ale uczę się siebie bacznie obserwować – mówi Pan Bartosz. – Nie jest to łatwe. Jestem też ogromnym zwolennikiem psychoterapii indywidualnej. Po drugiej hospitalizacji zdecydowałem się regularnie uczęszczać na spotkania. Na początku była to chęć poukładania sobie w głowie trudnych emocji – szoku, niedowierzania, złości na to, że to trafiło na mnie. Mimo że nie wróciłem do marihuany, to coraz częściej sięgałem po alkohol, a lekarze ostrzegali przed możliwością nawrotu nałogów. Terapia pozwoliła mi poradzić sobie z tym. Teraz spotkania z psychoterapeutą pomagają mi utrzymać względną równowagę, zrozumieć emocje w danej sytuacji. Rozmowa z kimś z zewnątrz daje bardzo dużo.
Jak podkreśla, w przestrzeganiu zasad, pomagają mu też proste codzienne rozwiązania.
- Początkowo miałem ogromny problem z pamiętaniem o lekach – przyznaje. – Po pierwszym leczeniu w szpitalu faktycznie odstawiłem je samodzielnie. Wydawało mi się, że wszystko jest już dobrze. Nie chciałem ciągle żyć z chorobą, a leki mi o niej przypominały. Teraz pilnuję tego bardziej. Nastawiam budzik na wskazaną godzinę. Leki szykuję wcześniej, dzięki temu nie odwlekam ich przyjęcia. Po prostu łykam. Zgodnie z zaleceniami lekarza staram się też mocno pilnować nudnej rutyny – wstawanie i chodzenie spać o jednej godzinie, pilnowanie czasu posiłków. To niby nic, ale mi ułatwia funkcjonowanie. Zacząłem też uprawiać sport, na tyle, na ile pozwala mi teraz moja waga, która wzrosła przy stosowaniu leków. Jeżdżę na rowerze, w zimie na stacjonarnym. Oczyszcza to myśli i też łagodzi złość i stres, którego jest sporo.
Nie ukrywa, że ogromne znaczenie w terapii, mają dla niego najbliżsi.
- Rodzice może i czasem kontrolują za bardzo, ale przynajmniej czuwają – mówi pacjent. – Odkąd sam przestałem się buntować przeciwko chorobie, mają do mnie większe zaufanie i ustaliliśmy jasne zasady współpracy. Jednak to nie tylko rodzice. O dziwo, koledzy jeszcze ze szkoły, nie odwrócili się ode mnie. Odnowiłem znajomość z kilkoma z nich. To też pomaga. Pozwala poczuć się normalnie.
Pan Bartosz rok temu skończył maturę. Próbował dostać się na studia. Nie udało się, ale w przyszłym roku będzie próbował ponownie. Pracuje z rodzicami w ich sklepie.





