U pacjenta zdiagnozowano schizofrenię w wieku 28 lat. W rodzinie nie było wcześniej przypadków choroby. Jako nastolatek Robert kilkukrotnie doświadczył silnych objawów psychotycznych po zażyciu substancji nielegalnych, co mogło przyczynić się w znacznym stopniu do powstania choroby w późniejszym czasie.
Po skończonych studiach magisterskich Robert zaczął pracę zdalną jako niezależny informatyk na zlecenie. Miał kilku klientów i wszystko się układało. Przełomem była śmierć jego narzeczonej, która zginęła w wypadku samochodowym, gdy Robert miał 24 lata. Początkowo w głowie pojawił się jej głos, który przekonywał, że to nie był wypadek, a ona sama została zamordowana przez jednego z jego klientów. Zaczął szukać informacji w bazach zleceniodawców, włamywał się do sektorów w sieciach firmowych, do których nie miał dostępu. Z czasem zaczął wysyłać maile i śledzić właścicieli firm, twierdząc, że uknuli spisek przeciwko niemu i zamordowali narzeczoną, bo on wiedział o nich za dużo.
Wszyscy zerwali z nim współpracę. Robert włamywał się po tym do ich baz danych, co doprowadziło do złożenia przez kilka firm zgłoszeń o popełnieniu przestępstwa. Robert został aresztowany i poddany ocenie psychologicznej, której efektem było skierowanie do specjalistycznego ośrodka na pełną diagnostykę. Postawiono diagnozę schizofrenii. Po kilku tygodniach hospitalizacji stan się ustabilizował i Robert opuścił placówkę.
- Teraz, patrząc z perspektywy kilku lat, był to moment najtrudniejszy – wspomina Robert. – W zasadzie choroba wydawała mi się totalną bzdurą. Dlatego też nie widziałem sensu brania leków. Przecież nic mi nie było.
Robert w trakcie pierwszych trzech lat, 6-krotnie odstawiał leki, co skutkowało nawrotami objawów psychotycznych.
- To był trudny czas – mówi. – Ciągłe powroty do szpitala uniemożliwiły mi pracę. Nieprzewidywalne i często agresywne zachowanie spowodowały, że odsunęła się ode mnie większość znajomych. Na szczęście nie wszyscy. Dwóch przyjaciół, z którymi znamy się od podstawówki, mieszkaliśmy w jednym bloku, jakoś znieśli mnie w tym czasie. Chociaż wiem, że nie było to łatwe. Zwłaszcza, że mieli już swoje rodziny i małe dzieci, a moje urojenia powodowały – i słusznie – że czuli strach. Nigdy jednak nie odsunęli się ode mnie. Zawsze byli czujni i reagowali, gdy widzieli u mnie nasilenie objawów. Pomogli mi też w momencie, gdy dotarło do mnie, że jestem chory i gdy uznałem, że życie nie ma już sensu. Zamknąłem się w sobie, przez kilka tygodni nie wychodziłem z domu, przestałem jeść, myć się. Odwiedzali mnie, zachęcali do wspólnego wypadu, próbowali robić cokolwiek. Byli też wsparciem dla moich rodziców. Myślałem o samobójstwie. I to właśnie dzięki najbliższym, nie udało mi się tego zrobić. Wezwali karetkę i trafiłam ponownie do szpitala. Po 9 tygodniach pobytu wróciłem do domu, jednak teraz już z większą świadomością choroby.
Pacjent wielokrotnie podkreśla również zaangażowanie i rolę rodziców w procesie leczenia.
- Po diagnozie i wyjściu ze szpitala przeprowadziłem się do nich, bo nie byłem w stanie sam się utrzymać – mówi. – Sama moja diagnoza mocno ich obciążyła, a do tego ja dawałem im nieźle w kość. Nawroty objawów po odstawieniu leków dotykały w szczególności właśnie ich. Ataki agresji, kłótnie, wyzwiska – wszystko to było skierowane w ich stronę. Bo byli najbliżej i dlatego, że wszystko wybaczali. Byli też czujni. To oni pierwsi widzieli zmianę po odstawieniu leków i natychmiast reagowali, wzywając karetkę. Niezaprzeczalnie było to dla nich trudne. Zwłaszcza przez te pierwsze 2-3 lata, gdy odstawiałem leki. Później, gdy wszystko się wyciszyło, a ja zrozumiałem, że muszę się leczyć, to oni stanowili dla mnie ogromne wsparcie. Ustaliliśmy, na ile mogą mnie sprawdzać, czy biorę leki czy nie, żeby nie było to dla mnie wkurzające. Tata załatwił mi pracę w firmie jako informatyk. Na razie wykonuje proste czynności, ale może w przyszłości to się zmieni. Cieszę się, że robię to, co lubię, a praca naprawdę jest ważna w dochodzeniu do siebie.
Robert od blisko 2 lat przyjmuje regularnie leki. Od tamtej pory nie było zaostrzenia objawów choroby, a pacjent poza regularnymi wizytami u lekarza prowadzącego nie wymaga intensywniejszego leczenia i hospitalizacji.
- Jestem przekonany, że gdyby nie rodzice i przyjaciele, nie osiągnąłbym tego – podsumowuje.
Specjaliści tematu podkreślają znaczącą rolę rodziny w procesie leczenia i w kształtowaniu samej postawy pacjentów. Randomizowane badanie Glick, Stekoli i Hays (2011) pokazało, że 85% osób z diagnozą schizofrenii, które mają wsparcie najbliższych, utrzymuje ciągłość leczenia. Natomiast w przypadku jego braku odsetek ten spada do 43%, co prowadzi do kolejnych epizodów psychotycznych.
Wsparcie najbliższych skraca też (nawet 3-krotnie) czas rehospitalizacji, jeśli taka jest wymagana – z 17,78 dni do 5,89 dni (Motlova, Dragomirecka, Spaniel i in., 2006)
Źródła:
- Glick ID, Stekoll AH, Hays S. The role of the family and improvement in treatment maintenance, adherence, and outcome for schizophrenia. J Clin Psychopharmacol. 2011 Feb;31(1):82-5. doi: 10.1097/JCP.0b013e31820597fa. PMID: 21192148.
- Motlova L, Dragomirecka E, Spaniel F, Goppoldova E, Zalesky R, Selepova P, Figlova Z, Höschl C. Relapse prevention in schizophrenia: does group family psychoeducation matter? One-year prospective follow-up field study. Int J Psychiatry Clin Pract. 2006;10(1):38-44. doi: 10.1080/13651500500305424. PMID: 24926767.





